Odwiedzin na blogu:


Weekendowy autostop wrzesień 2009


Link 15.09.2009 :: 22:45 Komentuj (7)


11.09 - 14.09.2009


"Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze - uroda życia."



R. Kapuściński


Ekipa: Ewe i Mariusz


Odwiedziliśmy:


Lithuania, Latvia



25 osobom, które nas podwoziły dziękuję za pomoc w dotarciu do celu! :)



Moja podróż zaczęła się w nocy z czwartku na piątek od ponad 7 godzinnej podróży pociągiem z Katowic do Ciechanowa. Oczywiście spanie w pociągu podczas zabawy kibiców z Krakowa jadących na mecz byłoby co najmniej niestosowne, dlatego też najzwyczajniej w świecie przyłączyłam się do nich. I warto było. Mnóstwo śmiechu, śpiewu i wszystkiego co łączy się z dobrą zabawą.

Z Mariuszem spotkałam się ok. godz 8. I tak powoli zaczął się nasz weekendowy autostop ..



















W czasie drogi na Łotwę, bo taki był nasz pierwotny plan jednym ze stopków okazał się policjant w cywilu.. będący na służbie. :) Chciał nam nawet 'pomóc' w zatrzymaniu kolejnych samochodów stwierdziliśmy jednak, że to nie jest dobry pomysł.;D Dostaliśmy jednak prezent w postaci dwóch piw 'na pamiątkę od Ostrołęckiej policji'. :)









Ale.. Nigdy nie jest tak jak być powinno. Okazało się, że u poprzedniego stopka w samochodzie został .. mój telefon.:D Więc zamiast do Augustowa pojechaliśmy spowrotem do Ostrołęki. Gdzie złapał nas deszcz. Ale warto było- telefon znowu był w moim posiadaniu ..





Mieliśmy jakieś 4 godziny straty. Czyli byliśmy w dupie.. Aż tu nagle złapaliśmy stopa do .. Wilna. Jak mogliśmy nie skorzystać? JEDZIEMY DO WILNA, czyli i tak zawsze wychodzi na moje. (Jeszcze będąc w domu próbowałam przekonać Mariusza, że warto tam podskoczyć).
I tak noc z piątku na sobotę spędziliśmy 15 km przed miastem Vilnius w namiocie, w czasie burzy.

sobota: Lithuania/ Vilnius



Zwiedziliśmy Ostrą Bramę, Katedre Wileńską i wszystko to, co do zobaczenia jest w tym cudnym mieście:




















































































To był na prawdę dłuugi dzień..

























Wszystko co dobre, szybko się kończy ..


Kierunek: Riga!





Jechaliśmy z mnóstwem wspaniałych ludzi ale mówią, że wyjątek jest potwierdzeniem reguły i w tym wypadku również tak było. Tir. Facet wygląda na całkiem miłego, mało tego zatrzymuje się w bardzo niewygodnym miejscu. Zabiera nas 20 km przed Ryge .. Ale niestety.W trakcie godzinnej podróży wysłuchujemy o napadach, zabójstwach, przestrzelonej nodze, kradzieżach, rozbojach, konstruowaniu bomby, mafiach i tym podobnych rzeczach. Nie, to wcale nie było miłe ..


niedziela: Latvia/ Riga


Zobaczyliśmy całe Stare Miasto, które robi mega wrażenie. Ponad to pomnik wolności, katedry, kościoły i świetne parki, którymi Riga może się szczycić.














































































































Niestety wszystko co dobrego na prawdę BARDZO szybko się kończy .. W poniedziałek rano obraliśmy kierunek: Ciechanów.









I znowu do pociągu.. I znowu impreza.;D Świetni ludzie, świetna impreza, mnóstwo śmiechu i taniec na dworcu z mega plecakiem na plecach.;D Żyć nie umierać.





Było świetnie, 4 dni totalnego luzu i rewelacyjnej zabawy. Dokładnie tak, jak miało być. Mój przyjaciel plecak dał radę, chociaż jest już powoli na wykończeniu. Dziękuję za wspaniały weekend i czekam na więcej.. Gdzie tym razem?

Gratuluje wszystkim, którzy ogarnęli ten ogrom zdjęć.

Pozdrawiam, Ewe.





Weekendowy autostop


Link 10.09.2009 :: 15:58 Komentuj (3)


Dzisiaj na noc wyjeżdżam do Ciechanowa. Stamtąd rusza nasz weekendowy autostop.




Latvia/Riga




Zdjęcia i opis obiecuje na wtorek!



Eurotrip 2009


Link 09.08.2009 :: 22:59 Komentuj (15)




30.06. - 24.07.2009


"Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej."


R. Kapuściński



Ekipa: Ewe, Grzesiek, Kamil.

Trasa w wielkim przybliżeniu:
Polska - Niemcy - Holandia - Belgia - Francja - Hiszpania - Gibraltar - Portugalia - Andora - Włochy - Austria - Czechy - Polska. [ ok. 10 000 km]






Naszym celem na początku Tripa było jeszcze Monako, San Marino i upragnione Maroko. Niestety z różnych powodów nie udało nam się tam dotrzeć.. Ale.. Wszystko przed nami.:) Następnym razem się uda.

Na początku podstawowa informacja: całą trasę przejechaliśmy autostopem, których łącznie było 95 (+/- 2).
Ludzie, którzy decydowali się zabierać nasz mały team byli różni, jedni rozgadani, inni wstydliwi i małomówni. Jedni mówili tylko w swoich językach, z innymi mogliśmy swobodnie porozmawiać w języku angielskim. W mojej głowie utkwiło kilka osób, które pomogły nam bardziej niż inni, chociaż jasną sprawą jest, że wszystkim jesteśmy jednakowo wdzięczni za pomoc i za umożliwienie nam spełnienia swojego szalonego pomysłu. :)

Wyruszyliśmy 30 czerwca, ok godziny 4:15 z rynku z Olkusza. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy co na nas czeka, ja i Grzesiu byliśmy pierwszy raz na takiej wyprawie, tylko Kamil miał spory zapas zeszłorocznego podróżowania autostopem. Mieliśmy jednak nadzieje, że to iż podróżujemy w trójkę nie będzie powodem dużych problemów z łapaniem stopa. Jednak już w Katowicach okazało się, że z tym może nie być tak łatwo.
Nasz plan zakładał dojechanie w jeden dzień do Amsterdamu, w praktyce zajęło nam to 3 dni. W między czasie zdarzyło się kilka sytuacji, które z pewnością w naszych głowach pozostaną długo, np. przemiły facet, który zabrał nas jeszcze w Polsce. Była to chyba pierwsza osoba, która w tak otwarty sposób rozmawiała z nami i nie ukrywała swojego podziwu w stosunku do nas. Nasza podróż z Nim zakończyła się podarowaniem nam ok. 30 Euro i zaproszeniem do jego domu do Niemiec. Byliśmy mega zaskoczeni, zadowoleni i pełni pozytywnej energii, w którą ten mężczyzna nas uzbroił. :) Kolejna, teraz już zabawna historia miała miejsce w Niemczech, niedaleko Berlina. Dosyć długo nie mogliśmy nic złapać, dlatego Grzesiek postanowił przejść się po parkingu i wypytać, czy ktoś nie chciałby nas zabrać. Okazało się, że jedna polka zgodziła się pod warunkiem, że nie przeszkadza nam siedzenie na pace. I takim oto sposobem pierwszy raz z Kamilem wylądowaliśmy na pace Peugeota Partnera. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że kobieta okazała się być pod wpływem.. :D Oczywiście wjechała do centrum Berlina, czego my nie chcieliśmy, potem kiedy już wydawało nam się, że jednak dotrzemy do naszego wspólnego celu, kobietka zaczęła obierać jakieś dziwne własne ścieżki.. Historia kończy się na tym, że zostajemy wyrzuceni na niemieckiej autostradzie, po której potem musimy biegać z naszymi niemałymi tobołkami.:D Dodając do tego zbliżającą się burzę i to, że naszą pierwszą noc spędziliśmy pod wiaduktem, rodzi się z tego kupa śmiechu.:D









Pierwszy zaplanowany przystanek: AMSTERDAM. Dotarliśmy tam w środku nocy, przeszliśmy pół miasta żeby dotrzeć na camping, ale opłacało się. Poczuliśmy niesamowity klimat tego miasta. Następnego dnia pozwiedzaliśmy, a po powrocie na camping popiliśmy, więc było przemiło. :) Dzielnica Czerwonych Latarni robi wrażenie, wszystkie kanały Amsterdamskie są widokami nie do opisania. No i oczywiście ogrom rowerów, które są dosłownie wszędzie.











































Niestety w Amsterdamie okazało się, że Grzesiek z powodów rodzinnych musi wracać do domu.. I rozdzieliliśmy się. My z Kamilem dalej w drogę, Grzesiek również ale niestety w inną stronę.

Naszym kolejnym przystankiem, dosyć niespodziewanym była BREDA. Dwóch przemiłych facetów, którzy zabrali nas do Brukseli robiło sobie mały przystanek w tym mieście. Więc przeszliśmy się po centrum, tam Kamila dopadła trauma z ptakami i ogólnie miasto okazało się przesympatyczne.


Następnie była już BRUKSELA. Naczytałam się o niej w necie przed wyjazdem, że miasto na nikim nie robi wrażenia, że raczej nie jest warte zwiedzania a okazało się cudownym miejscem, które przyprawiło nas o zachwyt. Przejechaliśmy całe miasto tramwajami i autobusami na gapę, zobaczyliśmy Atomium i Grand Place, które wyglądało dosłownie cudownie. I siusiającego chłopca widzieliśmy również. :) Manneken Pis nie robi jednak tak dużego wrażenia jakby się mogło wydawać.















Naszym następnym celem była Francja..





Całkiem sprawnie poszło nam dotarcie do PARYŻA.. Na całe szczęście udało się nam pozbyć plecaków i mieliśmy całe 6 godzin biegania po tym wielkim mieście. Zmęczenie powoli dawało się we znaki, ale my niestrudzeni zobaczyliśmy Wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny, Bazylikę Sacre Coeur, Luwr i wiele innych wspaniałych budowli. Generalnie rzecz biorąc- mają rozmach. :) Było to pierwsze naprawdę wielkie miasto, które udało nam się przejść.

















Następny był WERSAL. Dojechaliśmy tam po wielu przesiadkach w metrze, tramwaju, autobusie i pociągu. Większość znowu na gapę.:) Trafiło nam się tak, że mogliśmy zobaczyć Pałac i po zmierzchu i w ciągu dnia. Ogrody robią niesamowite wrażenie i można śmiało powiedzieć, że są kolejnym dowodem na rozmach francuzów. Warto również wspomnieć Isabelle, która w Wersalu obdarowała nas pysznym sokiem pomarańczowym:) Podwiozła nas pod sam Pałac, a po miłej rozmowie wymieniliśmy się adresami i na tym skończyła się nasza znajomość, której początkiem było nasze śniadanie i awaria jej samochodu.. :)
















Po Wersalu przyszła kolej na WZGÓRZE MONT SAINT-MICHEL. Tam pierwszy raz zobaczyliśmy ocean i to kolejne miejsce, które zapamiętam na długo. Piękne sanktuarium, jeszcze piękniejsze widoki... I.. Mnóstwo Pikników mieszkających w swoich samochodzikach tuż pod nim.:) W dotarciu tam pomogła nam między innymi starsza babcia, która po podwózce i miłej rozmowie uraczyła nas.. puszką tuńczyka. Dziękujemy!:)














Upragniona Hiszpania coraz bliżej ...





Zaraz potem byliśmy już w MADRYCIE. Szczerze przyznam, że było to miasto, które średnio przypadło mi do gustu. Może dlatego, że nasza wiedza o nim była też dosyć ograniczona. Pałac Królewski i ogrody zrobiły na mnie średnie wrażenie. Chociaż ten wszechobecny przepych trochę kole w oczy i na pewno w pamięci pozostaje. Widzieliśmy również i udało nam się zwiedzić Stadion Santiago Bernabeu i to miejsce przyprawiło mnie o drgawki. 3 słowa: hajs, hajs, hajs.









Przystanek kolejny- VIGO i wyspy ISLAS CIES.
W między czasie odbyliśmy dosyć długą podróż z mężczyzną, który okazał się mieć naprawdę dobre serduszko. Po kawie i świeżym soku z owoców zaproponował nam obiad. My jednak z nieznanych nam do dnia dzisiejszego przyczyn.. odmówiliśmy. Tak, tak. My też się dziwiliśmy.
Tutaj (Vigo) okazało się, że zostałam bez dokumentów, pieniędzy i telefonu, więc z początku mieliśmy troszkę problem z podjęciem decyzji co robimy. Wychodzi na to, że całkiem z nas odważni ludzie i postanowiliśmy jechać dalej. Vigo okazało się całkiem przyjaznym miastem, nocleg w parku był ciekawym przeżyciem...






To małe coś z plecakiem, po prawej stronie to ja. ;x



..ale to nic w porównaniu do wysp. 50 minutowy rejs promem jak dla mnie zbliżający nas do nieba. W pierwszy dzień pogoda niezbyt dopisywała, ale pozwoliła nam troszkę odpocząć od tego palącego słońca. Natomiast w drugi dzień zobaczyliśmy piękne plaże, latarnie i te widoki.. Nie omieszkaliśmy oczywiście zasmakować oceanu, który dla Hiszpanów jest zdecydowanie za zimny. Nas jednak to nie zraziło i kąpiel w oceanie zaliczam do udanych wariacji.:) Polecam każdemu, kto uwielbia noclegi pod namiotem łączące się z pięknymi miejscami.



























































































LIZBONA była kolejnym miastem, które zwiedzaliśmy. Jak dla mnie plasuje się na pierwszym miejscu razem z wyspami i Brukselą. Nic tylko żałować, że mogliśmy spędzić tam tylko jeden dzień. To stare miasto, ciasne uliczki wiodące raz pod górkę, raz z niej. Coś pięknego. Tam zobaczyliśmy również największy statek pasażerski Queen Merry 2. I było na prawdę pięknie.




















I znowu piękna Hiszpania.. Południe zapamiętam chyba szczególnie, bo właśnie tam pobiliśmy rekord łapania stopka- 21 godzin! I kto nas wybawił z opresji? Marokańczycy, z którymi jechaliśmy jakieś 850 hm, a zajęło nam to.. 24 godziny! Było ciekawie, była dziwna dla nas muzyka, był - ku naszemu zaskoczeniu - arbuz z chlebem i problemy z dogadaniem się - my po angielsku, oni po hiszpańsku i chyba arabsku? Mimo to bardzo nam pomogli a na koniec proponowali nawet nocleg. Takich ludzi się nie zapomina! ( Swoją drogą, dopiero po powrocie do domu dowiedziałam się, że w Maroko drugim językiem urzędowym jest francuski. Dla mnie to średnie pocieszenie, bo ten język jest mi zupełnie obcy;))


Na GIBRALTAR ostatecznie dostał się tylko Kamil, a to z racji moich zgubionych dokumentów. Jedynie ze zdjęć i zadowolenia malującego się na buzi Kamila wnioskuje, że było pięknie. Moich 4 godzin w La Línea de la Concepción opisywać nie będę, bo były średnio interesujące.:) W dostaniu się tam pomogła nam m.in. młoda para, która opowiedziała nam troszkę o kryzysie, który dopadł również Hiszpanów. I dzięki kobiecie, która uświadomiła nam różnicę między wypowiadanymi słowami.. Mankey/monkey :)




















Kiedy nasz budżet po mojej zgubie znacznie się zawężył byliśmy zmuszeni do ominięcia kilku miast i ciekawych miejsc. Nie dotarliśmy np. na szlak El Chorro.

Ale ANDORY nie mogliśmy sobie odpuścić. :) Bez hajsu, ale z wielkimi chęciami dotarliśmy do państewka położonego prawie 2000 m n.p.m. Byliśmy co prawda w miejscowości granicznej, ale już ona oddała klimat tego państwa. Wszędzie sklepy z alkoholami, jedzeniem, słodyczami i naprawdę wieloma innymi rzeczami. I ogrom ludzi buszujących i robiących szalone zakupy. Genialne krajobrazy- supermarkety połączone z pięknymi górami.. :)

Po powrocie z Andory próbowaliśmy się dostać do Millau, żeby zobaczyć największy na świecie wiadukt, ale niestety nie było nam dane. Złapaliśmy stopa do Włoch.. A stamtąd z powodu kończących się zasobów pieniężnych usilnie staraliśmy się wrócić jak najszybciej do domu.

Przejechaliśmy WŁOCHY i w AUSTRII niedaleko miejscowości Villach udało nam się złapać stopa .. do Polski! Około 800 km jednym stopem, to nasz rekord:P
Nasza wycieczka skończyła się w Dąbrowie Górniczej, z której do Olkusza wróciliśmy ze znajomym Kamila.


Jak było? Cudownie. Niestety opis dosyć okrojony a to dlatego, że gdybym chciała opisywać wszystko dokładnie podejrzewam, że nikt z Was nie dotarł by do końca. O ile teraz Wam się udało. :)

Niezapomniane przeżycia, piękne miejsca.. Ponad to miesiąc hardcorowego życia w ciągłym upale z naszymi najwierniejszymi przyjaciółmi- plecakami i namiotem, które przeszły wielką próbę- podobnie jak my. :) Polecam każdemu i mogę już teraz powiedzieć, że to był dopiero pierwszy taki wypad.. I na tym się nie skończy na pewno:)


3 x HARDCORE


Link 30.06.2009 :: 00:27 Komentuj (0)


http://caniggia07.blog.interia.pl/



Pojechaliśmy:)
Zapraszam na bloga mam nadzieję, że od czasu do czasu coś uda się dopisać. :)




I do napisania :)







poprzednie


08: 2011
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009






Podziwiam:

Kinga & Chopin
Where the hell is Matt?
Patagonia expedition 2008
Piotr Mitko
Dziwna Europa

Oglądam:

Kasia
Tomek
Piotrek

Czytam:

Niekultura
Dwa Światy
Erotyka na poziomie
Zwykły facet
Łukasz Klimek
See you next year